FAJNE RZECZY listopada – nowy cykl na blogu

Fajne rzeczy to nowy cykl na blogu. Pomyślałam, że dobrze będzie podzielić się moimi odkryciami miesiąca. Zaplanowałam cztery kategorie: coś do obejrzenia (film, serial, filmik na YouTube), coś do poczytania (książka, gazeta, artykuł w internetach), coś kosmetycznego i coś do zjedzenia. Planuję wprowadzić również kategorię inne, czyli wszelkie wydarzenia lub inne ciekawe przeżycia jakie towarzyszyły mi w danym miesiącu. Na pewno znacie podobną formułę z innych blogów. Stwierdziłam, że fajnie będzie się trochę lepiej poznać. Chociaż w moim minimalistycznym świecie rzeczy jest niewiele, a te co mam, na bieżąco używam i staram się nie kupować nowych. Moi ulubieńcy są na prawdę the top of the top 😉
 
 

Serial Orange Is the New Black

 
Całe listopadowe wieczory przeleciały mi na oglądaniu serialu Orange Is the New Black, który pochłonął mnie całkowicie. Dość długo zwlekałam z obejrzeniem go. Myślałam, że co tak właściwie jest fascynującego w więźniarkach i ich losach? I tutaj grubo się myliłam. 
Serial zaczyna się od losów pewnej dziewczyny Piper Chapman, która zostaje skazana na 15 miesięcy pozbawiania wolności na skutek związku z dilerką narkotyków Alex. W każdym sezonie poznajemy różne losy współwęźniarek Piper. Historie, które dzieją się w więzieniu jak również te, przez które kobiety trafiły do zakładu karnego. W więzieniu panuje pełen przekrój narodowości i religii. Serial jest momentami zabawny lecz nie brakuje poważnych i zmuszających do refleksji scen. Niestety, nie polecam tego serialu komuś wrażliwemu na słownictwo, ponieważ jest dużo wulgaryzmów (w końcu to więzienie) oraz osobą poniżej 18-stego roku życia, gdyż serial jest (jak to delikatnie napisać) mocno zabarwiony erotycznie. 
Uważam, że scenarzyści świetnie rozpisali postaci, szczególnie kobiece a same aktorki grają niesamowicie dobrze. Śmiem stwierdzić, że to jeden z lepszych seriali jakie kiedykolwiek obejrzałam.
 
 

Książka Skóra. Azjatycka pielęgnacja po Polsku

 
Z końcem lata moja fascynacja na zgłębianie wiedzy dotyczącej pielęgnacji cery nabrała dynamicznego tempa. To za sprawą mojej przyjaciółki Kasi, która jest moim beauty guru. Kasia pożyczyła mi właśnie tę książkę za co z tego miejsca jestem jej ogromnie wdzięczna. Śmiało mogę powiedzieć, że Skóra. Azjatycka pielęgnacja po Polsku zrewolucjonizowała moje podejście do oczyszczania i pielęgnacji skóry twarz. W książce autora porusza takie tematy jak: określenie naszego typu cery; oczyszczanie, które jest niezwykle ważnym etapem w codziennej pielęgnacji; nawilżanie; składniki kosmetyków (w tym ich nazewnictwo opisywane na produktach) oraz ochrona skóry przed promieniami słonecznymi. Ten ostatni element był przeze mnie notorycznie ignorowany i nawet nie miałam pojęcia, że jest to jeden z kluczowych elementów dbania o dobą kondycję cery i walkę z pierwszymi zmarszczkami. Doceniam to, że autorka po każdym rozdziale podaje marki lub sklepy internetowe, w których można dostać najlepsze odpowiedniki omawianych przez nią substancji kosmetycznych. Polecam tę książkę każdej osobie, która jest początkująca w temacie albo chce dowiedzieć się więcej na temat naturalnych kosmetyków i dobrych składów.
 
 
 

Hydrolat z róży damasceńskiej Make Me Bio 

 
Dzięki wyżej wspomnianej książce dowiedziałam się, że tonizowanie skóry twarzy jest bardzo pomocne przy jej nawilżaniu. Kiedy cera jest zwilżona hydrolatem czy tonikiem łatwiej nałożyć na nią wszelkiego rodzaju olejki. Pomaga to w szybszym wchłonięciu się kosmetyku. Zainteresowana tematem, sięgnęłam po wodę z róży damasceńskiej marki Make Me Bio (która nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach). Jest to 100% hydrolat z róży damasceńskiej z atomizerem, który rozprowadza mgiełkę na twarzy. Róża ma bardzo dobry wpływ na skórę. Działa przeciwzmarszczkowo, nawilża, łagodzi podrażnienia, poprawia koloryt i rozjaśnia przebarwienia. Polecana jest do każdego typu cery. Działanie, które ja zauważyłam to takie „wyciszenie” skóry. Zdecydowanie odzyskała swój koloryt i stała się promienna. Opakowanie starczyło mi na cały miesiąc stosowania dwa razy dziennie. Myślę, że wrócę jeszcze do róży natomiast obecnie używam hydrolatu z lawendy. 
 
 
Cena: 17 zł 
 
 

Tykwa marynowana do sushi 

 
Mój kolejny ulubieniec jest odkryciem chyba całego mojego życia. Tu kolejny raz na wyróżnienie zasługuje moja Kasia (wspomniana wcześniej kosmetyczna guru), bo to ona poleciła mi spróbowanie sushi właśnie z marynowaną dynią. I przepadłam bez reszty. Jedząc ją po raz pierwszy w restauracji nawet nie spodziewałam się, że tak łatwo można kupić to cudo w sieci. Myślałam, że to jakaś tajemna receptura, którą znają tylko mistrzowie sushi. Jak dobrze, że okazało się inaczej. Kupiłam ją w czarny piątek (+ parę innych dodatków do sushi). Śmiałam się, że inni kupują tony ciuchów i sprzęt elektorniczny, a ja żarcie na promce :D. Robiłam już z tykwą sushi i smakowało tak samo jak w sushi barze. Co prawda nie wyszło idealnie zawinięta ale myślę, że kiedyś w końcu wyjdzie. Bądźmy dobrej myśli. 
 
Cena: ok. 16zł/400g 
 
 
To wszystko na dziś. Wygląda na to, że fajne rzeczy listopada zrewolucjonizowały moje życie :). Prawda jest taka, że nie będę starała się za wszelką cenę polecać czegoś w co tak naprawdę nie wierzę i tego co nie sprawdziło się u mnie. Chyba, że będziecie taka potrzeba ku przestrodze. Staram się nie narzekać i nie krytykować i otaczać się dobrą aurą i rzeczami, którymi naprawdę warto. Nie ma sensu robić czegoś wbrew sobie, bo to i tak albo kiedyś się wyda albo zacznie nas przytłaczać. 
 
Podziel się w komentarzu swoimi fajnymi rzeczami listopada. Chętnie się dowiem co zrewolucjonizowało Twój listopad. Trzymacie się ciepło. Życzę wszystkim magicznego i pełnego przeżyć grudnia. 
 
Ściskam, do następnego 😃