Konsumpcjonizm zawładnął moim życiem! – minimalizm początek

Konsumpcjonizm określany jest jako choroba XXI wieku i trudno się z tym nie zgodzić. Chcemy mieć coraz więcej, a co za tym idzie kupujemy więcej. Często nawet zadłużając się tylko po to żeby spełnić swoją zachciankę. Marki przekonują nas o tym, że musimy posiadać daną rzecz, wmawiając nam, że jest ona niezbędna. Bombardują coraz to nowymi reklamami, używając różnych przekazów podprogowych. W Internecie wcale nie jest prościej oderwać się od męczących reklam. Teraz blokująca wtyczka do przeglądarki nie wystarczy. A już na pewno trudno jest odróżnić czy Twój ulubiony bloger czy youtuber poleca coś, bo mu się to sprawdziło czy jest to reklama. Niestety, nie wszyscy są tak uprzejmymi żeby informować o tym swoich czytelników. 
 
Długo zastanawiałam się jak ugryźć ten temat. I pomyślałam, że przedstawię swoją historię dlaczego postanowiłam nie brać udziału w wszechogarniającej konsumpcji i zostać minimalistką na własnych zasadach. Nie oszukujmy się, to nie jest prosta sprawa. Nie dzieje się to z dnia na dzień. Nawet nie ma szans. Wszystko wymaga czasu i przemyślenia.
 
 

Pierwszy krok – uświadom sobie, że coś jest nie tak


 
U mnie był to moment przeprowadzki z rodzinnego miasta na studia. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak minimalizm i konsumpcjonizm. Te pojęcia były mi tak samo obce jak miasto, do którego się wyprowadzałam. Pamiętam, że liceum to był czas kiedy kupowałam masę ubrań w lumpeksach, które zaczynały być popularne. Już nikt nie traktował tego jak coś obciachowego a wręcz przeciwnie. Znajdowało się tam piękne ubrania często drogich marek, nowe i ze świetnym składem. Kilka moich znajomych przepadła wtedy całkowicie i do dziś dnia borykają się z zakupoholizmem. 
 
Kiedy pakowałam walizki i zastanawiałam się co ze sobą zabrać, byłam tym wszystkim przytłoczona. Było mi smutno, że nie mogę zabrać wszystkiego, bo przecież każda rzecz jest dla mnie taka ważna. Zostawiłam więc kilka ubrań, tak żeby były jak będę u rodziców na dłużej, a resztę wzięłam. Wprowadziłam się na stancję gdzie na szczęście było mnóstwo miejsca do przechowywania. Pół roku po przeprowadzce zaczęłam prowadzić modowego bloga i mieć tych ciuchów więcej i więcej, bo przecież każda stylówka musiała składać się z niepowtarzających elementów. 
 
Na trzecim roku studiów, moja koleżanka z pokoju wyprowadziła się, a że ja nie chciałam mieszkać w tak ogromnym pokoju i płacić dwa razy więcej, postanowiłam zmienić stancję. Żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy wybrałam mniejszy, jednoosobowy pokój w bloku. No i znowu musiałam targać te wszystkie graty z miejsca na miejsce. Z racji tego, że było to małe mieszkanko, właściciel jedyne co miał mi do zaoferowania to malutką komodę z trzema szufladami i krzesło. Do dziś pamiętam, że były w paskudnym miętowo-niebiesko-zielonym kolorze. Dokupiłam do tego tylko stojący, sklepowy wieszak i zaczęłam się rozpakowywać. Myślę, że jesteś w stanie wyobrazić sobie jakie to było przedsięwzięcie. Wtedy też do mnie nie docierało, że chyba mam problem z nadmiarem rzeczy. Myślałam, że tak musi być, każdy tak ma, więc traktowałam to jak normalność. 
 

 

Konsumpcjonizm vs. minimalizm


 
Wszystko zmieniło się kiedy zaczęłam studia magisterskie z zarządzania. Tam po raz pierwszy usłyszałam o Adamie Smithie, handlu, ekonomii, konsumpcjonizmie i wielu innych ciekawych kwestiach. Zainteresowało mnie zagadnienie konsumpcji i konsumpcjonizmu. Czytałam o tym dużo i chcąc nie chcąc doszłam do teorii przeciwnej, czyli minimalizmu. To wtedy w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Zaczęłam bacznie przyglądać się temu co dzieje się wokół mnie. Co kupuję, gdzie kupuję i po co kupuję? 
 
Rozpoczęłam analizę rzeczy, które już posiadam zaczynając od przepełnionej szafy. Później były kosmetyki do pielęgnacji, bo z kolorówką nie miałam problemów, od zawsze była minimalistyczna (jestem trochę ignorantką w tym temacie). Następnie minimalizm wkraczał powoli w inne sfery mojego życia, takie jak mieszkanie i wszystkie znajdujące się w nim pomieszczenia. Sukcesywnie pozbywałam się rzeczy niepotrzebnych, a te jeszcze dobre i o jakiejś wartości posprzedawałam. Tak robię do dziś i kontynuuję to co zaczęłam ponad 4 lata temu. 
 
Do zmiany w moim życiu nie tylko przyczynił się Adam Smith i pani od ekonomii (swoją drogą świetna i inspirująca kobieta) ale również wszelkie książki zaczynając od Leo Babauty, Joanny Glogazy, czy ostatnio przeczytanej Chcieć Mniej – Katarzyny Kędzierskiej. Zajęcia z ekonomii były takim motorem napędowym do zmiany. Teraz zanim coś kupię, to zadaję sobie pytanie, czy ta rzecz jest mi rzeczywiście potrzebna, czy tak świetnie działa zawarty w reklamie przekaz podprogowy?
 
A Ty, czujesz się przytłoczony nadmiarem posiadanych rzeczy, czy wręcz przeciwnie jesteś już na drodze do zminimalizowania ich? Daj znać w komentarzu na dole. 
 
Ściskam! Do napisania 🙂

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.